OPINIE I RECENZJE

poprzednia

 

Skromny, ale ważny

Tegoroczny IV Letni Festiwal Pieśni Kompozytorów Polskich (17 lipca - 1 sierpnia) organizowany przez Filharmonię im. Romualda Traugutta był skromniejszy niż dwa poprzednie ze względu na niedostatek środków finansowych. Dobrze, że się odbył. I że utrzymał rangę ważnej sceny kultywowania sztuki pieśni przez lubianych solistów warszawskich oper oraz przypominania znanych i odkrywania nieznanych polskich miniatur lirycznych.

Takim odkryciem stał się koncert wypełniony pieśniami i fragmentami muzyki Antoniego Radziwiłła do Fausta (25 lipca). Wybór i przygotowanie tych utworów zawdzięczamy pianistce Violi Łabanow. Pieś­niom przeznaczonym do salonowego kameralnego muzykowania towarzyszyła gitara (Marcin Zalewski) i wiolonczela (Mateusz Szmyt), na której jak wiadomo książę-kompozytor grywał. W Fauście partia fortepianu miała barwność, inwencję i sporą dozę dramatyzmu. A wszystko razem - kameralny wdzięk obok dramatycznej mocy, interpretacyjną wenę i zachwycające kolory wokalne w głosach - zaprezentowali bohaterowie tej "godziny pieśni" Justyna Stępień i Krzysztof Szmyt. Stępień swym pięknie skupionym so-
pranem wyczarowała nastroje we francuskich romansach ( Le mal
d'amour
); romantycznym bel canto Modlitwy Małgorzaty w Zwingerze w dialogach z wiolonczelą i fortepianem wzruszyła wszystkich. Szmyt znakomicie - jak zawsze - przekazywał treść słów. W rozbudowanej pieśni Kennst du das Land ten znany wiersz Goethego dzięki jego interpretacji zalśnił pełnią znaczeń. Pieśń Mefistofelesa o pchle i Pieśń Brandera o szczurze śpiewał w przekładach Jachimeckiego. Wspaniały duet Małgorzaty i Fausta przekonał, że Radziwiłł bliższy jest arcydziełu Goe­thego niż Gounod, a Stępień i Szmyt w wysokim stopniu gotowi, by śpiewać to na scenie. Czemu właś­ciwie Stefan Sutkowski w Warszaws­kiej Operze Kameralnej nie wystawi tego Fausta ?

Również Szmyt był solistą w programie psalmów Gomółki (18 lipca). Wraz z Marcinem Zalewskim, grającym tym razem na lutni i wioli, podjęli próbę ukazania kilkunastu wybranych psalmów w uproszczonej postaci religijnych pieśni na głos i jeden lub dwa instrumenty. Wiersze Kochanowskiego istotnie zyskały na poetyckim walorze, ale sam pomysł nie wypadł przekonująco. Gomółka we frazie i prozodii nie układa się gładko, Szmyt miał kłopoty z powrotem do praktykowanych przed laty z wielkim powodzeniem technik śpiewu z dawniejszych epok. Ciekawsze były instrumentalne przerywniki: hiszpańskie i włoskie miniatury Milana, Ganassiego i Diego Ortiza, grane na lutni, wioli da gamba i w duecie wiol - altowej i basowej przez Marcina Zalewskiego i jego syna Pawła.

Jak co roku jeden koncert zawierał pieśni Moniuszki (17 lipca), w tym zapoznane całkiem ( Gałązka rówienniczka do słów niewiadomego autora i Marzenie do wiersza Witwickiego), albo niemal - jak przejmująca Piosnka obłąkanej Ofelii wg Szekspira. Wykonywały je z powodzeniem artystki WOK Agnieszka Kurowska i Agnieszka Lipska, rzadko przecież słyszane w pieśniach, z towarzyszeniem Dagmary Dudzińskiej. Nie pominęły Moniuszkowskich arcydzieł: Polnej różyczki i Znasz-li ten kraj , podobały się w łacińskich duetach religijnych Intende voci i Laudate Dominum .

Także pieśni Chopina, utrwalone w pamięci bywalców festiwalu w mistrzowskim przekazie Olgi Pasiecznik i Roberta Gierlacha przed dwoma laty, znalazły teraz kolejnych nowych i jakże interesujących wykonawców. Anna Radziejewska i Witold Żołądkiewicz z pianistą Mariuszem Rutkowskim potrafili (31 lipca) z każdej uczynić osobistą wypowiedź, w której słowo, głos i dźwięk fortepianu składały się na prawdziwie artystyczną całość. Uwydatnili Chopinowską zmienność nastrojów: ona była kokietką w mazurkowym Ślicznym chłopcu do wiersza Bohdana Zaleskiego i tragiczką w Melodii ze słowami Krasińskiego, on po sztubacku zakochanym w Mickiewiczowskiej Mojej pieszczotce i po męsku refleksyjnym w Dumce do słów Zaleskiego.

Obok Moniuszki i Chopina żelaz­ny punkt każdego festiwalu stanowi Karłowicz. Wedle usilnie przeze mnie propagowanego podziału na pieśni męskie, żeńskie i nijakie (a grzeczniej - uniwersalne), te Karłowiczowskie należą zdecydowanie do męskich. I tak właśnie tego lata się stało: z recitalem pieśni Karłowicza wystąpił Ryszard Cieśla (24 lipca). Śpiewał z prostotą i szczerym liryzmem, przeważnie mezza voce , jakby mówił wiersze - Tetmajera, Słowackiego, Krasińskiego, Asnyka. Partnerką w takim rozumieniu istoty pieśni była mu Maja Nosowska. Po dłuższej nieobecności na estradach - na szczęście - znowu gra i od razu fortepian nabrał pod jej palcami bogactwa wewnętrznych niuansów, jakie u Karłowicza rzadko daje się słyszeć. W Pamiętam ciche, jasne złote dnie arcydelikatnie dotykała klawiszy, a Cieśla równie miękko prowadził kantylenę; nie tylko ja wstrzymywałam dech. Rdzawe liście, Najpiękniejsze piosnki, Pod jaworem, O nie wierz - każda z tych pieśni udała się nadzwyczaj; walc Z nową wiosną zabrzmiał jak piosenka, którą w istocie jest.

Festiwal zakończył się koncertem Warszawskie dzieci (od tytułu pows­tańczej pieśni Panufnika) w dniu
1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Najpiękniejsze pieśni tamtych dni: Jana Markowskiego ( Marsz Mokotowa , Sanitariuszka Małgorzatka ), Jana Ekiera ( Szturmówka) , Krzysztofa Kamila Baczyńskiego ( O, Barbaro - słowa i muzyka tego samego autora), Alberta Harisa ( Piosenka o mojej Warszawie) zadźwięczały w nowych, ansamblowych aranżacjach Włodzimierza Korcza wraz z Armią Krajową Tadeusza Kaczyńskiego, nieodżałowa­nego założyciela Filharmonii im. R. Traugutta. Wykonywali je dwaj dyrektorzy Filharmonii, Krzysztof Kur i Ryszard Cieśla, oraz śpiewacza młodzież, talenty wokalne warszawskiej Akademii Muzycznej: soprany Barbara Misiaszek i Julita Werszko, mezzosopran Elżbieta Wróblewska, tenory Andrzej Wiśniewski i Mateusz Zajdel, baryton Łukasz Rosiak i bas Remigiusz Łukomski. Teksty z "Biuletynów Informacyjnych" AK czytał Andrzej Ferenc. Na fortepianie grała Ewa Pelwecka. Wcześniej, 30 lipca, na zaproszenie Polsko-Niemieckiego Stowarzyszenia Kulturalnego "Polonica" ten sam program wykonano w ramach obchodów Powstania Warszawskiego w Berlinie, w sali Ratusza, a 19 wrześ­nia w wersji inscenizowanej zostanie powtórzony w Chicago, z udziałem miejscowych zespołów polonijnych.

Podczas Festiwalu niezmiennie liczni słuchacze pojawiali się na koncertach i jak zawsze za oknami dziwnie krzyczały łazienkowskie pawie. Tylko sala Podchorążówki, ogołocona z muzealnych zbiorów - jako że czeka ją inne przeznaczenie - utraciła swój miły klimat. Na estradzie stał sprowadzony skądś krótki weinbach. Ładnie wyglądał, trzymał strój, nie huczał. Innych zalet nie miał.

MAŁGORZATA KOMOROWSKA

Ruch Muzyczny, 5 września 2004

 | submenu |