ARTYŚCI FIT

poprzednia

 

Gosztyła KrzysztofGosztyła Krzysztof

- Miłość ci wszystko wybaczy, ty sobie niczego nie darujesz - dlatego jestem dla siebie najważniejszym krytykiem. Zresztą zawsze tak było.

Punktem zwrotnym w życiu i karierze zawodowej był dla niego wyjazd do USA. Pojechał tam po siedmiu latach uprawiania aktorstwa, mimo znaczących sukcesów w teatrze i filmie.
- Sądzę, że był to rodzaj zapaści psychicznej, ostrego ataku poczucia bezsensu - mówi Gustaw Holoubek. - Wydawało mu się, że wyjazd jest ratunkiem, że zerwie wszystkie dotychczasowe prywatne i zawodowe więzy, i porwie go w inny świat. Spotkałem go w Ameryce. Nie bardzo wiedzieliśmy, co sobie powiedzieć. Chichocząc opowiadał mi, że pracuje w budownictwie i oczekiwał ode mnie reakcji. Powiedziałem: bardzo dobrze, bo co w takiej sytuacji można powiedzieć? Dałem do zrozumienia, że jeśli zdecyduje się na powrót, to wróci z wrażeniem, że nigdy nie wyjeżdżał. Mam uczucie, że tak się stało. Jest w nim coś niezwykłego. Jeżeli można mówić o wielkim repertuarze, to zawsze przed oczami staje mi Krzysztof Gosztyła, jako ten, któremu można powierzyć wielką rolę. Ma poczucie tragizmu. To bardzo rzadkie, wyjątkowe. Jest kwalifikacją najwyższą dla artysty każdej dziedziny sztuki. Widzi się wówczas świat w sposób niezwykle kontrastowy, ostry, i czuje cały absurd tego, co się dzieje. Oddala się od rzeczywistości, zaczyna patrzeć na nią z góry, krytycznie, przekornie, wybuchając śmiechem albo płacząc.
- Nie miałem sobie nic do zarzucenia w momencie, w którym przerwałem uprawianie zawodu. Obiecałem sobie - bez względu na trudności - wytrwać siedem lat na scenie i wytrwałem. Byłem więc wobec siebie w porządku. Nie miałem skrupułów. Zaczęło się niezwykle pięknie i pomyślnie: wybitni pedagodzy, m.in. Łomnicki, Śląska i Hanin, nagrody rektorskie, wreszcie klasa profesora Holoubka, przeddyplomowy debiut w teatrze i filmie, tytułowa rola w "Królu Edypie" na dyplom... Zaraz potem nastąpił stan wojenny. Moje pokolenie aktorskie startowało w życie zawodowe właśnie wtedy. Wielu bardzo utalentowanych ludzi. Nie miałem żadnych zasobów ani zamożnych rodziców. Sytuacja stawała się coraz bardziej kłopotliwa. Cokolwiek sobie powiedzieć, jest się najpierw człowiekiem, mężczyzną, a dopiero później aktorem. Miałem wówczas na utrzymaniu żonę i dziecko. Trwał aktorski bojkot mediów. "Młody, utalentowany" z rąk śp. Andrzeja Szczepkowskiego otrzymywałem kościelne datki - zapomogi, bo wiadomym było, że nie jestem w stanie wyżywić rodziny z własnej pracy. Ludzie wtedy najczęściej chcieli wszystko przeczekać i godzili się z tym, że o ich losie decyduje "ktoś", jacyś oni. Co prawda moje małżeństwo wkrótce się rozpadło, ale - obarczając winą siebie, a nie PRL - i ja trwałem w nadziei na rychłą poprawę. Trwałem, dopóki byłem w stanie to znieść. Jednak pod koniec lat 80. wyjechało wielu rozczarowanych ludzi, nie tylko aktorów. Było to nieuchronne, bo młodzi chcieli się zmierzyć ze swymi marzeniami i losem, mieli chłonne umysły, byli pełni energii i chcieli kierować swoim życiem. Ja zaś, zarabiając wówczas w teatrze dziesięć razy mniej niż warszawski taksówkarz, nie mogłem dłużej liczyć, że zawód aktora przyniesie mi niezależność materialną. Nie mam żadnych wątpliwości, że kultura polska, język i ludzie, którzy myślą w tym języku, to moja ojczyzna. Jednak nie byłem w stanie już dłużej trwać w rzeczywistości, na którą nie miałem żadnego wpływu. Każdy z ludzi wyjeżdżających za granicę na długi czas jest świadom, że może wyjeżdżać na całe życie. To bierze się pod uwagę - nawet jeśli nie podejmuje się decyzji ostatecznych i nie pali za sobą wszystkich mostów, toteż wielu sądziło, iż wyjeżdżając dokonuję aktu samodestrukcji. Jestem jednak przekonany, że gdybym wówczas pozostał - nikt dzisiaj nie byłby ciekaw moich poglądów.

W Stanach Zjednoczonych spędził 5 lat. Zarabiał tam na życie jako stolarz meblowy.

- Choć dotkliwsza była decyzja o wyjeździe, to trudniejsza była ta o powrocie, ponieważ byłem człowiekiem dumnym. To być może nieodłączne uczucie ludzi, którzy wyjechali. Duma i mimowolna chęć sprostania typowej presji społeczeństwa polskiego. Społeczeństwo chce widzieć w karierze i zdobytym przez emigranta majątku - źródło pociechy i pożywkę dla swych pretensji do losu, a jeśli nie - kolejne istnienie, które należy umiejscowić "pod płotem", aby lżej było znosić własne kompleksy. No cóż, mnie w udziale nie przypadł los Fibaka czy Bońka. Mimo to jednak wracałem. Japońskie przysłowie mówi: "Jeśli upadłeś, nie podnoś się z pustymi rękoma", tymczasem moje ręce... no właśnie. Dopiero po powrocie zrozumiałem, że moje ręce są pełne. Że stałem się dojrzałym aktorem w olbrzymiej mierze dzięki tym latom spędzonym na Manhattanie.

Z muzyka aktor

Do szkoły teatralnej Krzysztof Gosztyła trafił po trzynastu latach grania na wiolonczeli. Z dnia na dzień zrezygnował ze studiów na Akademii Muzycznej.

- To nie była niechęć do muzyki, raczej zniechęcenie do ćwiczeń, których cel - konfrontacja własnych artystycznych interpretacji z prawdziwym widzem - słuchaczem - ciągle był zbyt odległy. Być może to jakaś wada mego charakteru, nadmierna niecierpliwość, brak systematyczności. Może nie polubiłem na tyle wiolonczeli, by poświęcać jej codziennie 4-6 godzin ćwiczeń? A jednak, o ile w podstawowej i średniej szkole muzycznej w sposób naturalny godziłem się na edukację - uczono mnie, czego chciano - o tyle w Akademii Muzycznej to ja chciałem studiować interesujące mnie problemy, a nie być uczonym. Gdy więc profesor Akademii - starszy, szanowany pan, na pierwszym spotkaniu wykrzyknął: "Ależ jak pan trzyma smyczek?!" - już wiedziałem, co się święci. Polecił mi grać tzw. pełne dźwięki (całe nuty) na pustych strunach (bez używania lewej ręki) dotąd, aż nauczę się "trzymać właściwie mały palec" prawej dłoni. Zniechęcenia, które potem nastąpiło, nie udało mi się już nigdy pokonać - i wkrótce wszystko we mnie zbuntowało się przeciw wiolonczeli. Na drugim roku wypisałem się z listy studentów. Zdałem do szkoły teatralnej i w wielkiej mierze dzięki profesorowi Holoubkowi znalazłem się wreszcie na studiach. Historia sztuki uczy, że trzeba mieć mistrza. Wówczas - jeśli ma się wystarczający talent, to rozwinie się on w artystyczną indywidualność, a jeśli nie - to przynajmniej będzie się zawodowo przydatnym wykonawcą. Dziękuję losowi, że moim mistrzem stał się profesor Holoubek i że świadomość słowa, do którego on - jako do podstawowego nośnika myśli - przywiązywał tak dużą wagę, stała się prawdziwą siłą mojego aktorskiego rzemiosła.

Czasem żałuję, że zostając aktorem straciłem "międzynarodowy" język, że nie ma takiego festiwalu teatralnego ani filmowego, na którym stu ludzi z całego świata mogłoby zagrać tę samą "Etiudę Rewolucyjną". Chociaż... sądząc po ostatnich werdyktach w konkursach chopinowskich, może to i lepiej? Dopiero bym się uśmiał, gdyby Michel Douglas zwyciężył w kategorii - monolog romantyczny!

Dojrzały na starcie

- Zaskoczył mnie uderzającą dojrzałością, stosunkiem do słowa - mówi Gustaw Holoubek. - Nie idzie o dykcję, ale wykorzystanie mowy jako środka wyrazu, będącego głównym narzędziem porozumiewania się między ludźmi. Posiadał w najwyższym stopniu to, czego z trudem uczy się studentów w szkole. Miał wpojoną umiejętność myślenia o wyrazistości, logice wyrazu, a przede wszystkim o dramaturgii. Wyniósł to ze szkoły muzycznej. Ludziom muzykalnym o wiele łatwiej przyswoić prawa rządzące teatrem, niż niemuzykalnym.

Kiedy nasze stosunki się zacieśniły, a on już był aktorem, zauważyłem trudność porozumiewania się z nim - dodaje Gustaw Holoubek. - Jest człowiekiem, który nie przyjmuje do wiadomości skierowanych do niego uwag. Byłem przekonany, że ma do mnie pełne zaufanie, a jednak mimo to, nie mogłem doczekać się spełnienia moich życzeń, kiedy byłem reżyserem. Potem powoli zacząłem przyznawać mu słuszność. Ma swój świat wyobraźni, przy którym się upiera i interpretuje wszystko tak, by było zgodne z jego poczuciem rzeczywistości. Jeżeli chce się być w dobrych stosunkach z Krzysztofem Gosztyłą, to trzeba mu pozostawić całkowitą wolność w uprawianiu zawodu, w pracy aktorskiej. Gdyby to był tylko upór co do własnych przekonań - byłoby to niewystarczające, ale on ma znakomity gust, i jego wybory są trafne z każdego punktu widzenia. Ma głębokie poczucie wartości trudnych. Stroni od tuzinkowości, czegoś co jest banałem, schematem.

Studia w szkole teatralnej rozwinęły nie tylko osobowość, ale i wzmocniły tężyznę fizyczną aktora.

- Pod wpływem szkoły teatralnej zmieniłem się, bo muzyka to introwertyzm, a aktorstwo - ekstrawertyzm. Poza tym jako muzyk byłbym pewnie delikatną roślinką - typowym astenikiem. A szkoła teatralna wiązała się także z koniecznością rozmaitych ćwiczeń, od których przedtem stroniłem. Byłem chorowity, mama chroniła mnie przed wysiłkiem - najsłabsze dziecko rodziny, w której byli sami bardzo duzi mężczyźni. Brat waży ode mnie kilkadziesiąt kilo więcej, jest wyższy ode mnie o pół głowy. Bratanek przerósł mojego brata. Dziadek umierając mierzył 196 cm i ważył 144 kg. Słowem - można powiedzieć, że teatr pozwolił mi wyrosnąć na mężczyznę.

Jeszcze w czasie studiów, w 1981 roku, zadebiutował rolą Grajka w "Pieszo" Sławomira Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego w warszawskim Teatrze Dramatycznym, do którego zatrudnił go na stałe Gustaw Holoubek. Niemal równocześnie zadebiutował w filmie "Dolina Issy" w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Zagrał tam, z sukcesem, Baltazara - samotnika z litewskiej puszczy. Był to początek świetnej zawodowej passy.
Krytycy nie szczędzili aktorowi pochwał za role filmowe, m.in. zbiegłego z getta Żyda w "Tragarzu puchu" Stefana Szlachtycza, wyizolowanego z otoczenia dyplomatę angielskiego w "Jeziorze Bodeńskim" Janusza Zaorskiego, rozdartego między dwiema kobietami mężczyznę w "Tabu" Andrzeja Barańskiego. Dostrzegano także interesujące role teatralne m.in. cara w "Kordianie" w reż. Jana Englerta, Witkacego w "Stasiu" w reż. Gustawa Holoubka, księcia Vincento w "Miarce za miarkę" w reż. Janusza Nyczaka. Od lat jest związany z teatrem radiowym, w którym pracuje teraz nad rolą Stanisława Wokulskiego w "Lalce" Bolesława Prusa.

- Wszystko zależy od tego, czy propozycja jest interesująca - wtedy nie ma znaczenia, czy jestem aktorem teatralnym, filmowym czy telewizyjnym. A teatr radiowy? Z przyjemnością. Szczególne znaczenie przypisuję słowu, dlatego jestem może trochę konserwatywny. Świat zmierza w kierunku symboli obrazkowych, a ja jestem niezmiennie za dialogiem, w którym nośnikiem myśli jest żywe słowo, a nie uproszczony znaczek graficzny.

- Jest jednym z nielicznych aktorów, którzy potrafią mówić, należy do zanikającego teatru - mówi Krzysztof Zaleski. - Jest człowiekiem wielkiej delikatności, nie jest ekspansywny. Wnosi ze sobą napięcia, pytania. Jego życiorys to biografia pokolenia, które startowało w teatrze w stanie wojennym. Oni zapłacili największą cenę.

Rok temu przyjął posadę w Teatrze Narodowym.

- Być może nigdy nie poszedłbym już do teatru na tzw. etat, gdyby nie Teatr Narodowy. Byłem od kilkunastu lat poza pracą etatową, mimo iż składano mi takie propozycje. To jest ogromny obowiązek, rodzaj ubezwłasnowolnienia. Nie ma się szczególnego wpływu na repertuar. Trudno więc planować wyjazd, czy cokolwiek, trzeba się podporządkować zespołowi, bo są regularne próby, przedstawienia. Ale zdecydowałem się na to. Teatr Narodowy jest w rękach niezwykłego artysty Jerzego Grzegorzewskiego i w dodatku powstaje od zera. Wszystko może się odbyć nie na zasadzie powolnych ewolucyjnych zmian, ale - rewolucji. To niezwykła szansa. A co z tej szansy wyjdzie - choć jestem najlepszej myśli - nie wiem, potrzeba co najmniej trzech sezonów, żeby można było cokolwiek oceniać.

Gorzki smak sukcesu

Krzysztof Gosztyła zna plusy i minusy zawodu aktora.

- Każdy z nas szuka swego miejsca w świecie. Aktorstwo jest próbą kompensowania niedostatków świata realnego, w świecie sztuki, który sami stwarzamy i który w pełni od nas zależy. Tego zawodu nie uprawia się tylko dla pieniędzy. Jeśli ktoś próbuje być aktorem z tego powodu, to nie tylko zupełnie oddala się od istoty rzeczy, ale tak naprawdę również od możliwości osiągnięcia zawodowego sukcesu. Wracając tutaj i podejmując ten zawód, dokonałem w pełni świadomej, dorosłej decyzji, że chcę być aktorem w Polsce, grać w języku polskim, u siebie, w Warszawie.
Potrzebna jest satysfakcja wynikająca z przekonania, że zrobiło się coś dobrze, w czymś istotnym. Nie potrzeba wtedy pochwał. Każdy jest dla siebie najbardziej wnikliwym krytykiem, megalomanów jest nieliczna garstka. Doskonale wiemy, kto z nas jest dobry, kto słaby, kto umie, a kto nie umie. Tego się nie mówi, tak jak dentysta nie opowiada o swoim koledze po fachu, że jest beznadziejny. To poniżej etyki zawodowej. Ten zawód to nasze życie, nie ma czasu na hobby, nigdy nie ma fajrantu. Tu nie ma buforów, odskoczni. Ciągle potrzebujemy akceptacji, potwierdzenia, że dokonaliśmy właściwego wyboru. Potwierdzeniem są brawa, opinia krytyków, środowiska, ale przede wszystkim - poranny rzut oka w lustro: "Krzysiu, lubię cię, czy nie?". Ta chwila może dawać ogromną siłę, która potrafi pokonać bardzo wiele przeciwności życiowych. Brak samoakceptacji, zadowolenia z pracy wbija ludzi w zapadliska psychiczne, alkohol. Poczucie niedowartościowania i niepowodzenia odbijają się nie tylko na dalszym otoczeniu, ale i na najbliższych. Jeżeli nie odnosi się sukcesu - wpada się w cholerne depresje.
Ciężko żyć z człowiekiem, który jest aktorem. Bywa, że uprawiając ten zawód gubi się nawet rodzinę. W szkole mówiono, że teatr jest bardzo zazdrosną kochanką, nie znosi żadnych innych. I tak jest chyba naprawdę. Istnieje nawet przekonanie, że reżyser to aktor, któremu się nie udało, a aktor, to człowiek, któremu się nie powiodło, choć nie jest to regułą, o nie! Najważniejsze to wiedzieć, czy dokonało się słusznego wyboru, tak wiele poświęcając.
Mój przyjaciel powiada: "Nie ma takiego wyroku sądu wojewódzkiego, który skazywałby nas na szczęśliwość". Szczęśliwym się bywa. Może najbardziej wówczas, gdy bywa się artystą. I być może te chwile są najważniejsze.

Małgorzata Piwowar

 

 

 | submenu |